środa, 4 grudnia 2013

Było, minęło...


Grudzień rozgościł się już na dobre i przez najbliższe 27 dni pobędzie z nami, ale ja jeszcze nie przyjęłam do wiadomości jego obecności, gdyż wciąż żyję listopadem- a zwłaszcza książkami, które w tymże miesiącu przeczytałam. I tak długie, typowo jesienne wieczory spędzałam z Anną, z którą zżyłam się przeogromnie, czego w ogóle się nie spodziewałam. Anna ta Moi Drodzy wcale nie jest główną bohaterką najsławniejszej powieści Tołstoja, ja wskazuje nam to jej tytuł- do tej roli pretenduje raczej Konstanty Lewin- lecz jej duchem, istotą. Bo to właśnie historię tej kobiety przeżywa się najbardziej, tę postać podziwia się za odwagę do walki o szczęście i miłość, na nią się złości za błędne i głupie decyzje oraz zazdrość, która wszystko zniszczyła, jej się współczuje i kibicuje. To tak naprawdę dla niej czyta się to ponad tysiąc stronicowe tomiszcze, chociaż teraz wiem i czuję, że właściwie całe jest wyśmienite. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, czym Tołstoj mnie tak w swej powieści zauroczył, co sprawiło, że historia miłości Anny Karenin
i Aleksego Wrońskiego wciąż rozgrywa się w mej pamięci na nowo- obraz pierwszego ich spotkania na stacji kolejowej, balu, przez który Kitty miała złamane serce, czy niefortunnego wyścigu koni nadal mam przed oczyma mojej wyobraźni. Być może to, że uczucie między nimi dopiero z czasem wydało mi się prawdziwe- jak oni sami musiałam je najpierw zrozumieć i zaakceptować. Albo fakt, że nie było ono idealne, rodem z najpiękniejszej i szczęśliwie kończącej się baśni- miało swe cienie i blaski, piękne i smutne momenty. A wszystko dlatego, że i im samym tak naprawdę daleko do doskonałości- jak w prawdziwym życiu muszą nauczyć się siebie kochać. Za wady, zalety, skazy w wyglądzie, bądź charakterze. I to chyba ta kreacja postaci tak żywych i naturalnych ujęła mnie najbardziej- możliwość poznania ich zarówno od lepszej i gorszej strony, wyrobienia własnej opinii na ich temat. Autor nam jej bowiem nie narzuca- on tylko historię Anny i Wrońskiego przedstawia... "Anna Karenina" wydawać się może wyłącznie romansem, jednak właściwie nie do końca nim jest. To przede wszystkim powieść obyczajowa, podejmująca tematykę społeczną, przedstawiająca problemy, przed którymi stanęło chłopstwo w Rosji po uwłaszczeniu, czy też proces rodzenia się bolszewizmu w tymże kraju, które w pośredni, bądź bezpośredni sposób wpłyną na losy pewnych protagonistów- jeden z nich będzie rozdarty na przykład między poczuciem obowiązku zrobienia czegoś dla społeczeństwa, a pragnieniem osobistego szczęścia- oraz psychologiczna, będąca swego rodzaju studium ludzkiej psychiki, natury, uczuć i emocji targającymi człowiekiem. Tołstoj stworzył niezwykłe, olbrzymie (zarówno w dosłownym, jak i przenośnym sensie), wielowątkowe dzieło, którego zrozumienie umożliwiło mi przeczytanie posłowia- dzięki niemu właśnie odkryłam, że sympatyczny, szczery, inteligentny i uparty Lewin po uszy zakochany w Kitty to tak naprawdę alter algo samego autora- i lepiej poznałam zarówno tę niesamowitą i zachwycającą literaturę przez wielkie "L" jak i samego jej nietuzinkowego twórcę. 6/6


Listopad jednak to nie tylko zapoznawanie się z dziełem zaliczanym do klasyki, ale i czytanie powieści z rodzaju tych bardziej lekkich, zahaczających o fantasy- przedniego paranormal romance, którego królową (mówię to z pełną odpowiedzialnością) w moich zepsutych od czytania po nocach oczach jest...Cassandra Clare. ;) Zdecydowanie ma kobita talent snucia fascynujących opowieści i tworzenia zapadających głęboko w pamięć postaci, oj ma i dlatego jej powieści czyta się z czystą przyjemnością oraz (przynajmniej w moim przypadku) niegasnącym zachwytem. Po raz pierwszy do świata Nocnych Łowców na kartach początkowych trzech części Darów Anioła (które wówczas miały tworzyć tylko trylogię, ale magicznym sposobem rozrosły się do sześciotomowej serii ;)) wkroczyłam kilka dobrych lat temu, będąc jeszcze małolatą. Powracając, do "Miasta popiołów" i "Miasta szła" w ostatnim tygodniu listopada, po upływie tak długiego czasu obawiałam się trochę, że magia tego cyklu już dla mnie wygasła, a jego bohaterowie utracili swój urok. Gdzież tam! Pani Clare na nowo oczarowała mnie swoim uniwersum, który dopracowany został w każdym nawet najdrobniejszym szczególe, zachwyciła Idrisem z zapierającymi dech w piersi widokami oraz Nowym Yorkiem, którego ulicami chadzają magiczne i niebezpieczne istoty i rozkochała w stworzonych przez siebie postaciach. Przy ponownym spotkaniu z nieśmiałą i szczerą Clary, sarkastycznym Jace'em, poczciwym, stojącym za rudowłosą kumpelą murem Simonem, skrytym i małomównym Alecem oraz przebojową Izzy nie opuszczało mnie odczucie, że jestem wśród starych przyjaciół- przyjaciół, w których odkryłam coś nowego. Jestem pełna podziwu wobec kreacji protagonistów popełnionej przez tę autorkę- nie stworzyła ona ani jednej postaci, która byłaby niczym niewyróżniającą się twarzą bez wyrazu tworzącą tło i tłum- w każdą, nawet drugoplanową osobę tchnęła życie i nadała jej niepowtarzalny charakter oraz duszę. Fakt- jej książki nie są arcydziełami, książkami wybitnymi napisanymi genialnym i kunsztownym stylem, ale przecież nie miały nimi być. Ich zadaniem jest oderwanie czytelnika od szarej rzeczywistości, rozśmieszenie go oraz poruszenie i w tej właśnie roli sprawdzają się w 100%. Ja czytając powieści o przygodach Nocnych Łowców przenoszę się do świata, w którym czuję się tak dobrze i swobodnie, jak we własnym domu. I wiem, że kiedyś jeszcze do niego powrócę. 6/6

Źródło


Jak widać pod względem czytelniczym listopad wypadł nawet lepiej niż dobrze- przeczytałam kilka świetnych książek, z czego bardzo się cieszę. A jak było u Was w minionym już miesiącu? Jaka książka przeczytana  podczas jego wieczorów poruszyła, zachwyciła Was najbardziej? No dobra, dobra- dam już spokój i pożegnam się z Wami utworem, który w listopadzie stale gościł w moich głośnikach, licząc, że dzisiejsze moje wypociny przypominające podsumowanie kogoś zainteresują. :D
                                                                                                                       
                                                                                                                                      Nada





sobota, 23 listopada 2013

Zatopiona przez książki...

Po niemal dwutygodniowej przerwie spowodowanej (jak zawsze) brakiem czasu powracam do Was z kolejnym, w moich oczach monstrualnym stosikiem. W ciągu trzech ostatnich miesięcy uzbierało mi się trochę tych książeczek, oj uzbierało! Część z nich to owoc mojej wyprawy do biblioteki, z której powróciłam z ogromniastym bananem na twarzy, gdyż zakupiono do niej kilkanaście nowiutkich, pachnących drukiem powieści i to tak ciekawych, że nie wiedziałam, na której skupić wzrok ;) Nie mogłam się powstrzymać i do domu zabrałam ze sobą aż 5. :P Pozostałe pozycje to efekt zakupowego szaleństwa wywołanego przez obniżki cen książek na Bonito i Arosie (aktualnie trwa tam mikołajkowa promocja, z której ja już nie skorzystam, gdyż oficjalnie zbankrutowałam, ale Wy jeszcze możecie :D). Nie przedłużając już więcej, oto dowód zbrodni: ;)


W stosiku po lewej mamy książki biblioteczne, a wśród nich:  "Nawałnicę mieczy. Stal i śnieg" Martina, na którą polowałam przez bardzo długi czas, "Iskrę" i "Wybrańców" Kristin Cashore intrygujące mnie od dawna, "Sekret Julii", po którego nie mogłabym nie sięgnąć po przeczytaniu mas Waszych pozytywnych opinii na jego temat i niezłego "Dotyku Julii" oraz pierwszą księgę "Wampirów z Morganville", na którą smaczek narobiła mi DżejEr Carmen, często wspominając o powieściach pani Caine na swoim blogu. ;) A pozostałe pozycje są moje i tylko moje: "To, co zostało" cenionej przeze mnie Jodi Picoult- autorki poruszającej w swych książkach trudne problemy, niepokojący "Król Kruków" Maggie Stiefvater recenzowany ostatnio na moim blogu, "Gwiazd naszych wina", która od lutego błądziła po moich myślach, ale dopiero teraz doczekała się swojej chwili, "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes gwarantująca łzy śmiechu i wzruszenia, wyczekiwany z tęsknotą za Perry'm, Arią i Roarem "Przez bezmiar nocy", a także "Miasto popiołów" i "Miasto szkła" czytane przeze mnie cztery lata temu oraz "Miasto upadłych aniołów" jednej z moich ulubionych autorek Cassandy Clare. :)

Czytaliście coś z tych moich ostatnich zdobyczy? Polecacie którąś książkę, a może odradzacie? Chętnie się dowiem.



                                                                                                                                     Nada

poniedziałek, 11 listopada 2013

Opowieść o chłopcach z krukami...



Blue dorasta w domu pełnym kobiet parających się dość niecodziennym zajęciem - wróżbiarstwem - i żyje w otoczeniu niejednoznacznych i niejasnych przepowiedni, z których jedna dotyczy jej osoby. Mówi ona, że w momencie, gdy dziewczyna pocałuje chłopaka, którego darzy prawdziwym uczuciem ten umrze. Dziwaczna wróżba nie chce opuścić świadomości Blue, ale wydaje się także bardzo odległa do czasu, gdy do Henrietty przybywa ciotka Neeve, obwieszczając, że dziewczyna zakocha się jeszcze w tym roku, a jej losy w nieoczekiwany sposób krzyżują się z grupą czterech chłopaków z krukami...

Gansey wraz z najlepszymi kumplami: Adamem, Ronanem i Noah obsesyjnie poszukuje grobu legendarnego walijskiego Króla Kruków- Owena Glendowera - oraz linii mocy, które zdają się przebiegać właśnie przez Henriettę. Dokąd doprowadzą ich te desperackie badania? Jaką rolę odegra w nich Blue?

Dawno nie czytałam tak dziwnej i specyficznej książki. Niepokojącej, fascynującej i onirycznej opowieści, o niesamowitym i nierzeczywistym klimacie z pogranicza koszmaru. Pierwsze spotkanie z "Królem Kruków" nie rysowało się jednak w jasnych barwach- mimo chęci nie mogłam w pełni zanurzyć się w powieści pani Stiefvater, gdyż jej bohaterowie nie od razu wpuścili mnie do swego świata i ukazali mi swoje oblicza, dusze, historie. Przypatrywałam więc się im z boku, niewiele z ich poczynań rozumiejąc i nie angażując się w ich losy. Teraz nie potrafię powiedzieć, w którym momencie odkryłam, że z równie wielką, jak chłopcy obsesją poszukuję Glendowera. Nie wiem, kiedy udzielił mi się niepokój Blue związany z przepowiednią i strach Adama wywołany przez magiczne drzewo z lasu, gdzie czas staje w miejscu. Wydaje mi się, że związana byłam z tą historią od pierwszej strony, ale musiałam wpierw to odkryć i pozwolić jej mrocznemu, gęstemu, przyprawiającemu o gęsią skórkę klimatowi pochłonąć, pożreć mnie w całości.

Talent pisarski pani Stiefvater pokazuje w pełnym świetle nie tylko porywająca i intrygująca fabuła jej powieści, ale przede wszystkim dopracowana kreacja bohaterów. Autorka tworzy niespotkane dotąd postaci, wśród których nie znajdziemy dwóch takich osób. Poznamy natomiast fascynujące, zupełnie odmienne i złożone osobowości, w których ja odnalazłam cząstkę siebie: skrytego samotnika Noaha, Ganseya o dwóch twarzach, sprawiającego wrażenie nieśmiałego Adama, który zaciekle walczy o swoje marzenia i zagubionego, tłamszącego emocje i ból w sobie Ronana raniącego innych słowem. Dusze tych chłopaków nie są czarne, ani białe - mają różne odcienie szarości, a zły pierwiastek w nich drzemiący zdaje się czasami wygrywać, co na równi przeraża i fascynuje czytelnika. Żaden z chłopców nie odkrywa przed nami wszystkich kart - każdy skrzętnie skrywa swoje tajemnice, które być może pozwoli nam odkryć innym razem.Taką mam przynajmniej nadzieję...

Nie potrafię pisać o tej książce w inny sposób, bez emocji, gdyż za bardzo poruszyła coś w mojej czytelniczej, spragnionej niesamowitych wrażeń duszy i wyobraźni. "Król Kruków" to pozycja jedna z tych, które pobudzają i rozpalają naszą fantazję do czerwoności, do tego stopnia, że nic nie jest w stanie już jej okiełznać, ugasić, dlatego nie mogę ocenić i przedstawić Wam go inaczej. Mocne +5/6.