Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Stawić czoła światu"


"Czasami prawda ma problem z przebiciem murów naszych przekonań. Kłamstwo, odziane w stosowną liberię, przechodzi o wiele łatwiej."

W Królestwie Goreddu trwają przygotowania do obchodów czterdziestej rocznicy podpisania pokojowego traktatu między ludzkim a smoczym rodzajem i przybycia Ardmagara Comonota, który współpracując z królową Lavondą, położył kres brutalnym wojnom dwóch ras i rozlewom krwi. Jednak pokój między ludźmi a saarantrai jest kruchy i niepewny- jego posadami zachwiało morderstwo księcia Rufusa, które zdaje się być dziełem smoka. Zabójstwo członka królewskiej rodziny podsyciło w ludziach nieufność i skrywaną nienawiść wobec smoków przybierających człowieczą postać- na ulicach Goreddu szerzy się dragonofobia, a Synowie świętego Ogdy atakują bezbronnych saarantrai pod byle pretekstem. W samym środku wydarzeń w Królestwie i przygotowań do świętowania rocznicy Traktatu Comonota znajduje się młodziutka asystentka Nadwornego Kompozytora, Serafina. Przeczuwa ona, że zabójstwo księcia Rufusa nie było przypadkiem- jej zdaniem ktoś działa na niekorzyść pokoju między ludźmi a smokami. Jednak, czy muzyczka może coś w tej sprawie zdziałać? Zwłaszcza, że sama nie może czuć się na dworze bezpiecznie- każdego dnia zmuszona jest kłamać i ukrywać prawdę o sobie, bo w świetle obowiązujących w Królestwie przepisów nie ma prawa żyć...

"Miłość to nie choroba."

Rachel Hartman snuje klasyczną opowieść fantasy- historię osadzoną w królestwie, którego realia przypominają średniowiecze, gdzie obok ludzi żyją potężne i niebezpieczne stworzenia- smoki. Te z wyobraźni autorki "Serafiny" zachowały cechy swych pobratymców ze znanych nam mitów i legend- mają słabość to złota i gromadzą je niczym Smaug z tolkienowskiej powieści, zioną ogniem i szybują wysoko w przestworzach, ale prócz tego mogą też przybrać postać ludzi. I mimo, że koncept ten nie jest może nowatorski ani oryginalny, wykorzystało go bowiem wielu innych autorów, to pani Hartman uczyniła go absolutnie zniewalającym. Bo przede wszystkim nie obdziera czytelników z ich własnych wyobrażeń o tych magicznych stworzeniach ukształtowanych przez kanon- są one potężne, majestatyczne, podstępne i śmiertelnie niebezpieczne. Mają łuski, ostre pazury, rogi i skrzydła. Zieją ogniem, składają jaja, żyją w jaskiniach i latają. Są po prostu takie jakie powinny być. A umiejętność zmiany kształtu i przybrania postaci człowieka, którą obdarza te istoty Hartman pokazuje tylko, że nie są i nigdy nie będą one ludźmi. Autorka doprowadza do zderzenia dwóch ras- dwóch rodzajów stworzeń, które różnią się od siebie pod każdym możliwym względem i nie potrafią się zrozumieć. Bo smok nawet, będąc w skórze człowieka, człowiekiem z natury nie jest. To nie jest jego przyrodzona forma i nie czuje się w niej dobrze- saar nie rozumie ludzkich uczuć i emocji, które zaczyna odczuwać, nie potrafi ich nazwać, gdyż w swej naturalnej formie ich nie doznaje. To bestia. Ale autorka udowadnia też, że nawet ten straszny i przerażający potwór może być bardziej ludzki niż niejeden człowiek, nie zdając sobie z tego sprawy i nie rozumiejąc co ten przymiotnik tak właściwie oznacza. I właśnie to nowe a jednocześnie nienowatorskie spojrzenie pani Hartman na naturę tych fantastycznych stworzeń ujęło mnie tak bardzo.

"Wszyscy byliśmy potworami i bękartami, i wszyscy byliśmy piękni."

W "Serafinie" nie odnajdziemy gnającej na łeb na szyję akcji i wbijających w fotel fabularnych twistów- rozwój zdarzeń jest raczej leniwy i nieśpieszny, przerywany opisami emocjonalnych stanów głównej bohaterki i otaczającej ją rzeczywistości. Na samym początku ciężko się w Królestwie Goreddu odnaleźć, panują tam bowiem zupełnie wcześniej niespotkane obyczaje, a jego mieszkańcy odwołują się do tylko sobie znanych Świętych, używają też zupełnie nowych zwrotów i nazw. Z czasem jednak w tym nowym świecie można się zaaklimatyzować- pomocą służy też słowniczek na końcu powieści, gdzie znajdziemy spis postaci i najważniejszych pojęć- i dać pochłonąć historii jaką opowiada nam Serafina. Wiele w niej intryg i spisków, więc nie sposób się przy niej nudzić. Dużą rolę w książce odgrywa  też muzyka, bo to przez nią może wyrazić samą siebie bohaterka. Przede wszystkim jest to jednak opowieść pełna uczuć i emocji, a zwłaszcza bólu i smutku. Bohaterowie powieści przeżyli w swym życiu wiele dramatycznych chwil- historia miłości Claude'a i Linn ściska za serce, a sytuacja w jakiej znajduje się główna bohaterka wzbudza współczucie. I wiele tam jest takich postaci jakby żywo wyciągniętych z jakiejś antycznej tragedii. Na emocjonalność książki wpływają nie tylko sami jej protagoniści czy pierwszoosobowa narracja, która automatycznie sprawia, że historię się bardziej przeżywa, ale i język powieści- Hartman pisze prosto, ale zarazem poetycko, bogato i momentami kwieciście, nie stroniąc od metafor, porównań i opisów. Stylizuje "Serafinę" na powieść z innego wieku. przez co jej powieść czyta się troszkę inaczej, ale inaczej, nie znaczy przecież, że gorzej. We mnie wzbudziła ona coś na kształt zachwytu- czym prędzej chciałabym już poznać "Łuskę w cieniu". Więc polecam, polecam gorąco- nie tylko wielbicielom fantasy i smoków, ale też wszystkim wrażliwcom i miłośnikom pięknych opowieści udanych pod względem i treściowym i literackim. 5/6

"Uśmiechnął się. Ach, mogłam żyć na samych tych uśmiechach. Będę je siać i zbierać jak pszenicę."


poniedziałek, 11 listopada 2013

Opowieść o chłopcach z krukami...



Blue dorasta w domu pełnym kobiet parających się dość niecodziennym zajęciem - wróżbiarstwem - i żyje w otoczeniu niejednoznacznych i niejasnych przepowiedni, z których jedna dotyczy jej osoby. Mówi ona, że w momencie, gdy dziewczyna pocałuje chłopaka, którego darzy prawdziwym uczuciem ten umrze. Dziwaczna wróżba nie chce opuścić świadomości Blue, ale wydaje się także bardzo odległa do czasu, gdy do Henrietty przybywa ciotka Neeve, obwieszczając, że dziewczyna zakocha się jeszcze w tym roku, a jej losy w nieoczekiwany sposób krzyżują się z grupą czterech chłopaków z krukami...

Gansey wraz z najlepszymi kumplami: Adamem, Ronanem i Noah obsesyjnie poszukuje grobu legendarnego walijskiego Króla Kruków- Owena Glendowera - oraz linii mocy, które zdają się przebiegać właśnie przez Henriettę. Dokąd doprowadzą ich te desperackie badania? Jaką rolę odegra w nich Blue?

Dawno nie czytałam tak dziwnej i specyficznej książki. Niepokojącej, fascynującej i onirycznej opowieści, o niesamowitym i nierzeczywistym klimacie z pogranicza koszmaru. Pierwsze spotkanie z "Królem Kruków" nie rysowało się jednak w jasnych barwach- mimo chęci nie mogłam w pełni zanurzyć się w powieści pani Stiefvater, gdyż jej bohaterowie nie od razu wpuścili mnie do swego świata i ukazali mi swoje oblicza, dusze, historie. Przypatrywałam więc się im z boku, niewiele z ich poczynań rozumiejąc i nie angażując się w ich losy. Teraz nie potrafię powiedzieć, w którym momencie odkryłam, że z równie wielką, jak chłopcy obsesją poszukuję Glendowera. Nie wiem, kiedy udzielił mi się niepokój Blue związany z przepowiednią i strach Adama wywołany przez magiczne drzewo z lasu, gdzie czas staje w miejscu. Wydaje mi się, że związana byłam z tą historią od pierwszej strony, ale musiałam wpierw to odkryć i pozwolić jej mrocznemu, gęstemu, przyprawiającemu o gęsią skórkę klimatowi pochłonąć, pożreć mnie w całości.

Talent pisarski pani Stiefvater pokazuje w pełnym świetle nie tylko porywająca i intrygująca fabuła jej powieści, ale przede wszystkim dopracowana kreacja bohaterów. Autorka tworzy niespotkane dotąd postaci, wśród których nie znajdziemy dwóch takich osób. Poznamy natomiast fascynujące, zupełnie odmienne i złożone osobowości, w których ja odnalazłam cząstkę siebie: skrytego samotnika Noaha, Ganseya o dwóch twarzach, sprawiającego wrażenie nieśmiałego Adama, który zaciekle walczy o swoje marzenia i zagubionego, tłamszącego emocje i ból w sobie Ronana raniącego innych słowem. Dusze tych chłopaków nie są czarne, ani białe - mają różne odcienie szarości, a zły pierwiastek w nich drzemiący zdaje się czasami wygrywać, co na równi przeraża i fascynuje czytelnika. Żaden z chłopców nie odkrywa przed nami wszystkich kart - każdy skrzętnie skrywa swoje tajemnice, które być może pozwoli nam odkryć innym razem.Taką mam przynajmniej nadzieję...

Nie potrafię pisać o tej książce w inny sposób, bez emocji, gdyż za bardzo poruszyła coś w mojej czytelniczej, spragnionej niesamowitych wrażeń duszy i wyobraźni. "Król Kruków" to pozycja jedna z tych, które pobudzają i rozpalają naszą fantazję do czerwoności, do tego stopnia, że nic nie jest w stanie już jej okiełznać, ugasić, dlatego nie mogę ocenić i przedstawić Wam go inaczej. Mocne +5/6.

piątek, 16 sierpnia 2013

Pod okiem Mojry...


Trzynastoletnia sierota Alea żyje na ulicach Saratei i by przeżyć ucieka się do kradzieży jedzenia, z której zwykle wychodzi obronną reką. Do czasu... Pewnego dnia zwinięcie mięsa ze straganu rzeźnika Almara zostanie zauważone - właściciel  stosika zaczai się na dziewczynkę i na oczach rozbawionej gawiedzi wygna Aleę z miasta, grożąc jej wezwaniem straży. Żegnana wyzwiskami, szyderczym śmiechem i lawiną kamieni dziewczynka ucieknie na wrzosowiska, gdzie znajdzie zagrzebanego w piasku trupa starca. Mimo przerażenia i obrzydzenia Alea ściągnie z jego palca pierścień, z zamiarem sprzedania go komuś dla pięniędzy, za które mogłaby kupić jedzenie, nie przypuszczając, że czyn ten sprawi, iż nic nie będzie już takie jak dawniej...

Nie wiem skąd wzięło się moje przekonanie, że Loevenbruck zaserwuje nam powieść w klimacie celtyckim. Być może spowodowało to użyte w opisie Wydawcy słowo "druid". Albo kraina wykreowana przez autora, niejaka Gaelia za bardzo skojarzyła mi się z Galią. Wychodzi na to, że to po prostu moja wina, iż "Wilczyca i Córka Ziemi"  nie spodobała mi się tak jak tego chciałam - prócz wspomnianych już wcześniej druidów, którzy odgrywają co prawda w historii przedstawianej na kartach tejże powieści znaczącą rolę, bardów odwiedzających gaelickie hrabstwa i pewnej gry celtyckiej (fidchell) pozycja ta ma tyle wspólnego z kulturą Celtów co kwasek cytrynowy z cytryną. Ale pal licho ich teraz! Co najgorsze ja w ogóle klimatu tej książki, jej...ducha nie odczułam - w jej pierwszej części go po prostu nie ma! Przedzieranie się przez początkowe 100-120 stron było dla mnie czymś w rodzaju udręki: znudzenie nie chciało mnie opuścić, a irytacja zbierała swe plony, powodując, że (O Zgrozo!) chciałam bezczelnie przerwać lekturę powieści Loevenbrucka - nie podchodziło mi w niej wszystko: nazwa jakoby przerażających stworzeń (o niejakie... gorguny sie rozchodzi) zamiast napięcia i strachu wywoływała tylko chichot, Zło, z którym przyjdzie zmierzyć się bohaterom nie ruszało mnie kompletnie i co więcej wydało mi się takie...wydumane - autor niewątpliwie chciał wpuścić do swej książki powiew grozy i dramatyzmu, jednak przesadził i miast solidnej dawki niepokoju i zaangażowania w przedstawianą historię czytelnik otrzymuje tylko posmak sztuczności - magiczne istoty, które na jej kartach się pojawią tej...magii  i uroku nie posiadały, a humor, który zapewne wprowadzać miał pewien krasnolud w ogóle zabawny nie był. W skrócie mówiąc książka wypadała więcej niż słabo dopóki...dopóki z wnętrza Ziemi nie wyleźli Tuathannowie. Ci półdzicy wojownicy (rym niezamierzony) chcą odzyskać zabraną  im przez obce wojska Gaelię i rozpoczynają podbój podzielonej na pięć hrabstw krainy-wyspy - ogólnie rzecz biorąc pojawia się w książce jakiś "problem", dochodzi do walk i rozlewu krwi i od razu robi się ciekawiej. :D Dzięki temu wątkowi nawet na przygody Alei zaczęłam patrzeć przychylniejszym okiem i co więcej w jakiś tam sposób jej losami się zainteresowałam. Kilka pomysłów Loevenbrucka autentycznie mnie urzekło i zarazem sprawiło, że jego książki nie mogę zaliczyć to tych absolutnie beznadziejnych.

Dzięki Bogu w "Wilczycy i Córce Ziemi" autor zastosował narrację trzecioosobową i to chyba najlepsze co mógł zrobić. Wskutek tegoż zabiegu nie śledzimy tylko początkowo mało porywających przygód Alei, ale mamy też wgląd w życie innych, o wiele ciekawszych i barwniejszych postaci - prócz wspomnianych powyżej intrygujących mnie najbardziej Tuathannów poznamy także (między innymi) hrabiego słynnego z dość śmiałych przyjęć, a raczej powiedzmy sobie szczerze imprez, oraz pewnego młodego druida, którego czeka pierwsza, dużej wagi misja. Co ciekawe wszystkie zalety powieści Loevenbrucka, o których piszę lub dopiero wspomnę (pomijając narrację) odnalazłam w drugiej części książki. Części, w której unosi się atmosfera przemijania - czasy magii i przeróżnych bóstw, w tym także bogini przeznaczenia zdają się powoli gasnąć na rzecz chrześcijaństwa, które zakrólowało już w hrabstwie Harcourt. A może wcale tak nie jest? Czy znalezienie przez Aleę zmarłego druida i przejęcie jego pierścienia nie jest częścią planu Mojry? To przypadek? Przeznaczenie? Nie wiadomo. Część druga tejże książki to także o wiele ciekawsza akcja - w niej doszukałam się również uroku i magii. Pomimo tego rozczarowanie pierwszym tomem trylogii Loevenbrucka nie znika - oczekiwałam czegoś lepszego. Co więcej mam z nim prawdziwą zagwozdkę - nie wiem jak go ocenić. ;) A niech takie +3/6 już będzie.

niedziela, 4 sierpnia 2013

"Rośnie Lilia z krzaku Róży..."


Maerad nie miała łatwego życia - jako siedmioletnie dziecko wraz z matką trafiła do Gilmanowego Sioła, gdzie obie zostały niewolnicami. Nędzny żywot jaki muszą wieść, zdominowany ciężką pracą przerywaną jedynie okrutnym biciem i chłostami sprawia, że matka dziewczynki zapada na zdrowiu i umiera, pozostawiając córce po sobie lirę - jedyne świadectwo jej przeszłości. Odtąd dziewczynka musi przez 9 długich lat sama dbać o siebie i starać się przeżyć. Wszystko zmienia się pewnego, jak zwykle przepełnionego pracą dnia - Maerad przydzielona do mleczarni, w oborze, gdzie pracuje przy krowach napotyka zakapturzonego nieznajomego, który zatrzymał się tam by spocząć po dalekiej podróży - barda Cadvana z Lirigionu. To Prawdomówca, dzięki któremu dziewczyna odkrywa kim jest ona, oraz kim była jej matka - Maerad okazuje się być córką utalentowanej Pieśniarki Milany z Pellinoru, która należała do Pierwszego Kręgu i jedyną ocalałą ze splądrowanej i zrównanej z ziemią Szkoły Pellinoru. Cadvan postanowia pomóc dziewczynie w ucieczce i odkrywszy, że ona także posiada Dar zabiera ją ze sobą w długą podróż po niemal całym Edil-Amarandhcie podczas, której Maerad przyjdzie odkryć swoje przeznaczenie...

"Coś, co z pozoru jest proste, w istocie często najtrudniej zrozumieć."
Alison Croggon na kartach swej powieści zabiera nas do niespotkanej dotąd krainy Annaru, zwanej także Edil-Amarandhem, bądź Siedmioma Królestwami (Zaraz, zaraz! Czy skądś tej nazwy nie znamy? Z takiej "Gry o tron" chociażby?)*, rządzącej się swoimi prawami, zamieszkiwanej przez społeczeństwa mające swoje własne zwyczaje i tradycje, spośród których najbardziej uprzywilejowaną warstwą społeczną są...bardowie. Ale nie tacy bardowie celtyccy, którzy grali i śpiewali królom na średniowiecznych dworach, nie tego "typu" co prowadzący dość hulaszczy styl życia Jaskier z  "Wiedźmina" Sapkowskiego , o nie! W świecie stworzonym przez autorkę opisywanej przeze mnie książki zachowali oni co prawda ich cechy - nadal ochoczo śpiewają i grają wesołe (bądź nie) piosnki uzbrojeni w liry, harfy, i.t.d, słyną także z talentu do pisania pięknych ballad i poematów, ale co najważniejsze dzięki Croggon urośli do rangi czarodziejów! Każdy bard w Annarze posiada bowiem Dar, którym uczy się dysponować w jednej ze Szkół rozsianych po całych Siedmiu Królestwach. W tych instytucjach nabywają Wiedzę dzielącą się na trzy Sztuki i służą Światłu. Czym to Światło właściwie jest? Ciężko powiedzieć, więc nawet tego nie próbuję - jeśli chcecie sprawdźcie sami. Ogólnie rzecz biorąc sprawa z bardami nie jest tak prosta, jak może się to z pozoru wydawać - ta grupa społeczna ma swoje własne zasady, skomplikowaną oraganizację i historię - nie ulega, więc wątpliwości, że autorka dopracowała ten wątek w najdrobniejszym szczególe i stworzyła coś zupełnie innego, co się chwali. Pomysłowości jej odmówić nie można, co czytelnik zauważa już w jej liście skierowanym do odbiorców tej pozycji, zamieszczonym na samym początku książki - autorka twierdzi, iż postanowiła ujawnić nam szarym ludziom "arcydzieło literatury annaryjskiej" znane dotąd jedynie uczonym akademickim, będące częścią Pism annaryjskich odkrytych w Maroku w 1991 roku podczas trzęsienia ziemi. Muszę przyznać, że zabieg to świetny, nadaje on bowiem wraz z dodatkiem na końcu książki zawierającym informacje o kulturze, erach i historii cywilizacji Edil-Amarandhu realności opowieści przedstawionej przez Croggon - w pewnym momencie sama zaczęłam zastanawiać się, czy takowa kiedyś nie istniała. :) Tak więc pewna nowatorskość i kreatywność jest, ale...No właśnie, pojawia się pewne "ale" - podczas lektury "Daru" nie mogłam pozbyć się myśli, że autorka wzorowała się na świecie stworzonym przez genialnego pisarza fantasy - Tolkiena. Annar podobnie jak Śródziemie miał swoje Ery, wielkich bohaterów, których czyny opiewane są w pieśniach i podaniach, oraz piękne historie miłosne kojarzące się nam z opowieścią o Luthien i Berenie. Nie można co prawda powiedzieć, że autorka, mówiąc kolokwialnie bezwstydnie zerżnęła dzieło Tolkiena, ale niektóre fragmenty jej powieści za bardzo przywodzą na myśl uniwersum wykreowane przez tegoż pisarza - są jego marną kopią.  Na szczęście jest tego niewiele, więc całościowo rzecz ujmując książka wypada całkiem przyzwoicie.

"Dar" pozbawiony jest jednakże gnającej na łeb, na szyję akcji - płynie ona w dość leniwym, momentami nużącym tempie, co zapewne spowodowała duża ilość opisów. Dla niektórch może być to problem, bo po prostu w szczegółowych opisach przyrody się nie lubują - ja też do takich  osób należę, ale... te w książce Croggon mnie urzekły. Autorka maluje nam obrazy bezkresnych równin, stepów, bagien, górskie przełęcze oraz zachody i wschody słońca, dumne budynki, pełne przepychu Szkoły i dzięki tym właśnie opisom jawią się nam one w wyobraźni niezwykle łatwo - są wręcz namacalne. I na dodatek przy tym ta nasza wyobraźnia pracuje. Pomaga nam w tym też mapka zamieszczona na wewnętrznej stronie okładki - dzięki niej możemy sprawdzić, gdzie dokładnie są nasi bohaterowie i imaginować sobie krainę przez, którą oni wędrują tak...przestrzennie. No właśnie bohaterowie - dotąd nic o nich nie wspomniałam. Na kartach powieści przewija się wiele postaci, niektóre poznamy bliżej, inne nie, ale właściwie autorka skupia się jedynie na dwójce protagonistów - Maerad i Cadvanie - a nawet jeśli mam być szczera tylko na Maerad. Co prawda Croggon używa narracji trzecioosobowej, dzięki, której teoretycznie mamy wgląd w myśli innych bohaterów (Cadvana na przykład trzy razy na krzyż), ale to tej dziewczynie towarzyszymy cały czas, jesteśmy świadkami emocji, wątpliwości, które nią targają, więc najlepiej by było gdybyśmy obdarzyli ją choć namiastką sympatii. Mi się to udało - w sumie tę bohaterkę da się lubić. Nie jest próżna, lękliwa, ale na swój sposób silna, nie użala się nad sobą chociaż ma do tego prawo, a zagubienie, które czasem odczuwa jesteśmy w stanie zrozumieć. Ciekawie wypada także otoczony aurą tajemnicy Cadvan, za którym ciągnie się nieznana nam mętna przeszłość. Kreację postaci uznałabym za nie najgorszą, więc z "Darem" nie jet tak znowu źle.

Powieść Croggon nie jest ani dobra ani zła, ma tyle samo zalet, co wad, więc moich oczach wypada po prostu...średnio. Fabuła, vel tematyka tej ksiażki mnie osobiście nie porwała,  momentami wydała mi się trochę naciągana i początkowo ciężko było mi się w nią wgryźć, ale z czasem potrafiłam dostrzeć także mocne strony tej pozycji - ciekawe pomysły autorki, urokliwe opisy krajobrazów, ładny język powieści i...(co mnie zaskoczyło) brak wątku miłosnego. :) Tak więc wbrew myląco różowej kolorystyce okładki pierwszego tomu "Pellinoru" po tę książkę może sięgnąć każdy - bez względu na płeć i wiek. Może, ale nie musi.  ;) Ja jednak z ciekawości, czy nie będzie przypadkiem lepiej sięgnę po część drugą. :) -4/6



"Chyba trzeba to zrobić -mruknęła. - Musimy opuścić te mokradła. Próżni z jednej strony, skręcony kark z drugiej. Jaka różnica?"





*A nie mogłoby tak dla odmiany być Osiem Królestw, albo Sześć Królestw? Ja rozumiem, że liczba siedem jest symbolem doskonałości no, ale... O_o :)

sobota, 20 października 2012

Uzdrowicielka i Bestia ...



Mordan, pierwszy dowódca armii króla Haffrena, zostaje pilnie wezwany z obozu wojennego przed oblicze swego władcy. Wykonujący wszelkie ordynanse konsekwentnie i bez litości, wojownik Kier, ma kolejną, niezwykle ważną misję. Na rozkaz władcy Telmáhru ma uprowadzić uzdrowicielkę z ludu Nivardów, Lijanas i przyprowadzić ją przed jego oblicze. Młoda kobieta jest jedyną nadzieją na to, że Haffren pokona dręczącą go od dwudziestu zim chorobę i powróci do zdrowia...
Przy pomocy podstępu, Mordan dostaje w swe ręce uzdrowicielkę. Ku jego zdziwieniu Lijanas nie będzie posłusznym, uległym i przerażonym jeńcem. Kobieta myśli tylko o ucieczce.
Misję Kiera będą utrudniały wojska nivardzkie,wysłane przez króla Rusana, na pomoc młodej uzdrowicielce oraz przerażające stworzenia, uznawane dotąd za postaci z legend i bajek- pożeracze dusz...


Autorka wykreowała wspaniałe, na długo zapadające w pamięć postaci, niezwykle realistyczne charaktery, które będą żyć w naszej wyobraźni i w naszych sercach. Moje skradł Mordan- postać bynajmniej nie schematyczna, charakter niezwykle skomplikowany, łączący w sobie zarówno dobre i jak złe cechy. To prawdziwy wojownik, bezwzględnie wykonujący rozkazy, brutalny, oschły, dumny, ale honorowy. Niezapomnianą sylwetką kobiecą jest natomiast Lijanas. Kobieta krnąbrna, zadziorna i odważna. Niezłomnie walcząca o swoje racje, w środowisku zdominowanym przez mężczyzn. Tego typu bohaterki bardzo rzadko spotykamy w literaturze, Lijanas jest więc na swój sposób wyjątkowa.
Co wyniknie z jej spotkania z Mordanem?
Nie możemy zapomnieć również o postaciach pobocznych. Na uwagę zasługują także inni Kierowie, towarzysze broni Mordana tj. Brachan, czy Levan. Bardzo intrygujacą postacią jest "szalona" królowa Telmáhru, król Haffren, Ladakh, czy książę Ahmeer. W "Pocałunku Kier" każdy bohater ma swoją historię, każdy odgrywa jakaś mniej lub bardziej ważną rolę w przedstawianej przez autorkę opowieści.

Lynn Raven stworzyła niesamowitą. przepiękną opowieść fantasy. Opowieść o mężnych wojownikach, o czasach, gdzie słowo "honor" miało wielkie znaczenie, o zwaśnionych królestwach, magicznych stworzeniach i fascynujących ludach. Podczas lektury "Pocałunku Kier" poobserwujemy dworskie intrygi, wielkie namiętności, wraz z bohaterami przemierzymy Pustynię Słoną, zatrzymamy się w mieście wykutym w skale i poznamy zadziwiające stworzenia. Ja zakochałam się w tej historii i w jej bohaterach. Wiem, że jeszcze wiele razy do niej wrócę. Tymczasem Wam szczerze polecam tę niezwykłą książkę.

                                                                          Nada




Ocena: 10/10!

P.S. Zapewne nie sięgnęłabym po "Pocałunek Kier", gdyby nie Tirindeth . Jej recenzja umieszczona na forum  ksiazkimlodziezowe.fora.pl (gdzie również ja się udzielam) tak mnie zaciekawiła, że zaryzykowałam, kupiłam "Pocałunek..." i ...przepadłam.  ;) Tak więc dziękuję serdecznie!
I na koniec piękny, (ponownie )celtycki utwór, który "przewijał" mi się przez głowę podczas lektury tejże książki: 




środa, 17 października 2012

Wędrówka przez królestwo cieni...




"Miłość łączy na zawsze. Dwoje zamienia w jedno. Pamiętaj o tym i ucz tego innych. Ar son an Ghrá - wszystko dla miłości." *


Wynter Moorehawke opuszcza zamek Jonathona i wyrusza na poszukiwania zbuntowanego księcia. Celem jej wędrówki jest Dolina Indirie - tam właśnie wraz ze swymi sprzymierzeńcami ukrywa się Alberon. Dziewczyna podróżuje leśnymi ścieżkami, znacznie oddalonymi o głównych dróg, na których czyha wiele
niebezpieczeństw, a wołanie o pomoc może nie być usłyszane...
 Niespodziewanie Wynter spotka na swej drodze Raziego i Christophera Garrona. Od tej chwili przyjaciele będą podróżować razem. Niestety przeprawa trójki bohaterów nie będzie należała do najłatwiejszych, gdyż ich tropem podążają przerażający Ludzie - Wilki.
Na swej drodze spotkają również tajemnicze plemię Merronów, którzy znaleźli się oni na ziemiach Jonathona nie bez przyczyny....


Po drugą część trylogii Moorehawke sięgnełam z niemałym zaciekawieniem i  dużymi oczekiwaniami. Po świetnym tomie pierwszym spodziewałam się wspaniałej kontynuacji. Czy takową otrzymałam?

Celine Kiernan to autorka z głową pełną ciekawych pomysłów  i właśnie w "Królestwie cieni" trochę tych swoich ciekawych konceptów daje nam uszczknąć. Podczas lektury zwiedzimy kilka interesujących miejsc, zaznajomimy się z fascynującymi postaciami i ludami tj. jak Ludzie -Wilki, Cromberczycy, czy Merroni. To właśnie tym ostatnim przyjrzymy się bliżej. Poznamy ich  kulturę, obyczaje, hierarchię, obrzędy religijne i język. Autorka dopracowała wątek tego ludu w każdym najdrobniejszym szczególe, dzięki czemu wydaje się nam on taki rzeczywisty wręcz namacalny. Niestety temat ten momentami wydawał mi się  aż za bardzo rozwlekły...


Jednak zalet ta książka posiada o wiele, wiele więcej niż wad, a i te są niewielkie. Co tu dużo mówić - autorka ponownie oczarowuje czytelnika wykreowanym przez siebie światem, wspaniałymi, naturalnymi bohaterami, plastycznymi opisami przedstawionej rzeczywistości, żywym językiem, który urozmaicają zwroty w języku irlandzkim (nim posługują się Merroni), średniowiecznym klimatem, szybko mknącą akcją.
"Królestwo cieni" wciąga, wsysa bez reszty. Jeśli już raz się w nim zanurzysz z wielkim trudem będzie ci je opuścić... O nudzie nie ma mowy!

Ocena: +8/10




           

             
             I na koniec piękna, celtycka melodia w klimacie książek pani Kiernan ;)  

                                                                                                             
                                                                                                                     Nada
                                                                   

                                                                         




*"Królestwo cieni", str. 493

czwartek, 4 października 2012

Celine Kiernan - Zatruty tron



Dwoje strudzonych podróżnych powraca po latach do wytęsknionego domu.
Jednak nie jest on już bezpiecznym azylem. Zakradł się tam terror i strach.
Muszą się strzec…


 Lord Lorcan Moorehawke Obrońca Tronu i znamienity mistrz cechu ciesielskiego wraz ze swą córką Wynter powraca z dalekich Krain Północy do królestwa Jonathona- miejsca które do niedawna oboje nazywali swym domem. Jednak w zamku królewskim doszło do straszliwych zmian. Z rozkazu króla rozpoczynają się czystki ludności, poddani żyją w ciągłym strachu przed inkwizycją. Nawet koty i duchy nie mogą czuć się bezpiecznie i swobodnie w tym miejscu. Czyżby z tymi wydarzeniami miało coś wspólnego zniknięcie księcia Alberona? Dlaczego ukochany syn Jonathona i prawowity następca tronu zostaje uznany za mortuus in vita?
Prawdę próbuje poznać Wynter i jej przyjaciel Razi bękart władcy, a więc przyrodni brat Albiego. Tymczasem Jonathon podejmuje nieco kontrowersyjną decyzję w sprawie następcy tronu- ku niezadowoleniu wielu możnych ma nim zostać właśnie Razi. Orzeczenie króla wywołuje lawinę niepokojących zdarzeń i insynuacji, na dworze robi się naprawdę groźnie. Jednak marokański książę wcale nie pragnie władzy, nie obchodzą go zawiłości królewskiej polityki, pragnie normalnego życia. Mimo sprzeciwów Razi będzie musiał w końcu ulec decyzji ojca, gdyż jego przyjaciel Merrończyk Christopher Garron i Wynter znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie…


Akcja powieści Celine Kiernan rozgrywa się w realiach średniowiecznej Europy, a głównym jej miejscem jest zamek i jego okolice, znajdujące się we władaniu Jonathona. Mimo ograniczenia przestrzeni, na której rozgrywają się wydarzenia, czytelnik nie może ulec znużeniu. Wraz z bohaterami zwiedzi bowiem tętniącą życiem i gwarem kuchnię nad którą pieczę sprawuje Marni, królewską bibliotekę w której pracuje wraz z ojcem Wynter, alejki nawiedzane przez ducha Rory’ego, czy ponure lochy, będące miejscem tortur nieposłusznych poddanych i zbrodniarzy.
Poza tym autorka kreuje wspaniałych, żywych bohaterów- bohaterów z krwi i kości. To osoby nieszablonowe, nie są czarne albo białe, każdy z nich posiada zarówno wady i zalety.

I tak Wynter to bohaterka niezwykle odważna i rozważna. Oczywiście bywa czasami zbyt uparta i odrobinę krnąbrna, ale wszystko co zdecyduje się uczynić ma na celu dobro ojca i przyjaciół. Nie jest to bynajmniej dziewczyna „mdła”, czy naiwna. To silna, dorastająca kobieta z ciętym językiem. Razi Kingsson to młody lekarz, wspaniały przyjaciel i zarazem brat dla Wynter. Bardzo troszczy się o dziewczynę i jej ojca, a także o merrońskiego przyjaciela. By zapewnić im bezpieczeństwo jest w stanie zrobić wszystko. Lorcan Moorehawke to wspaniały ojciec, który kocha swą córkę najbardziej na świecie. Nie oznacza to jednak, że za bardzo ją rozpieszcza. Oczywiście to on nauczył ją niezłomności i samodzielności. Jest również wiernym przyjacielem króla .Zawsze służy mu radą lub wyzwiskiem (jeśli Jonathon zachowuje się szczególnie nierozsądnie). Oczywiście nie można zapomnieć o Christopherze Garronie- młodym Merrończyku o tajemniczej przeszłości. Nieco ironiczny, ale na pewno wierny swoim przyjaciołom młody mężczyzna. Ten chłopak skrywa wiele sekretów. Czy poznamy je wszystkie? Mam taką nadzieję.
 
 ak widać z moich entuzjastycznych wywodów „Zatruty tron ”podobał mi się bardzo. Klimat powieści i bohaterowie wykreowani przez panią Kiernan po prostu mnie oczarowali. Co tu dużo mówić– pierwszą część Trylogii Moorehawke uważam za udaną i z wielką przyjemnością ponownie zanurzę się w świecie stworzonym przez przez tę irlandzką pisarkę.

 Ocena: -9/10




P.S. Na uwagę zasługuje również polskie wydanie  "Zatrutego tronu"- mamy piękną okładkę w soczystych zielonych barwach, a po jej wewnętrznej stronie znajduje się świetna mapka Europy (oczywiście Europy ze świata pani Kiernan). Tak więc, książka ta nie cieszy tylko umysł, ale również oko. ;)

                                                                                     



                                                                                        Pozdrawiam,
                                                                                                                            Nada