Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Young Adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Young Adult. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

"Mieć szansę na to, by żyć naprawdę"


PREMIERA 11 MAJA!

Sabine ma osiemnaście lat i dwa, zupełnie odmienne, życia. Odkąd pamięta, co 24 godziny, dokładnie w samym środku nocy, przeskakuje z jednego wcielenia w drugie. Przez dobę żyje w Wellesley, gdzie ma dosłownie wszystko- przystojnego chłopaka, który świata poza nią nie widzi, urocze przyjaciółki, wspaniałe stopnie i pozycję w szkole oraz perspektywy na malującą się w różowych barwach przyszłość- by, gdy wybije północ, przybrać tożsamość Sabine z Roxbury, która wygląda, co prawda tak samo, ale pod wieloma względami jest inna- ma młodszą siostrzyczkę, zamiast dwóch starszych i oschłych braci, mieszka w ciasnym domku, a nie willi z basenem, zaś jej rodzice należą raczej do ludzi niezamożnych niż bogatych. Dziewczyna czuje się rozdarta między jednym a drugim życiem, przeskoki pomiędzy zupełnie różnymi tożsamościami odbierają jej jakąś część siebie- od lat stara się je jednak godzić i przywyknąć do takiej podwójnej egzystencji. Ale pewnego dnia, przez jeden niepozorny wypadek wszystko się zmienia i Sabine odkrywa, że to, co robi w jednym życiu, w żaden sposób nie wpływa na drugie- ma dwa odrębne ciała. Wówczas w jej głowie nieśmiało kiełkuje myśl, że może mieć tylko jedną tożsamość. Że może wybrać któreś wcielenie i w końcu żyć normalnie. Ale jakim kosztem?

Dawno nie miałam takiego mętliku w głowie po lekturze książki. Chaosu myśli, tumultu emocji i refleksji. Sama nie wiem, co mam myśleć o powieści pani Shirvington, bo daleko mi do pełnego nad nią zachwytu, a, z drugiej strony nie mogę zaliczyć jej też do pozycji zupełnie przeciętnych i niczym się niewyróżniających. "Między życiem a życiem" ma zarówno wiele wspaniałych zalet jak i kilka znaczących wad, które razem sprawiają, że jestem rozdarta w ocenie książki, niczym bohaterka między jedną tożsamością a drugą. Zacznę może, jednak od samego początku...

Przede wszystkim nie mogę wyjść z podziwu, jak wspaniale pani Shirvington wykreowała postać głównej bohaterki. A powinnam właściwie powiedzieć głównych bohaterek, bo Sabine z Wellesley i Sabine z Roxbury pod względem fizycznym wyglądają może tak samo, ale osobowości mają zupełnie odmienne. Początkowo wydawało mi się więcej niż dziwne, to, że protagonistka, która ma pełną świadomość i pierwszego i drugiego wcielenia, nie potrafi być w każdym z nich taka sama- że te jej tożsamości są aż tak nieprawdopodobnie niepodobne, przez co miałam wrażenie, iż wydarzenia śledzę z perspektywy nie jednej osoby, ale dwóch. Dwóch narratorek, z których jedną obdarzyłam szczerą sympatią, podczas gdy drugiej nie mogłam po prostu znieść. Po głębszym zastanowieniu doszłam jednak do wniosku, że ma to wszystko większy sens. Bo czyż i my nie mamy czasami wrażenia, że istnieje takie drugie "ja"? Czyż w pewnych sytuacjach, przy pewnych osobach nie zachowujemy się, inaczej niż zwykle, zupełnie do nas niepodobnie? Przykładowo, takiej Nadzie gęba się zwykle nie zamyka i uznawana jest przez niektórych za straszną gadułę, ale przy ludziach, których nie zna zbyt dobrze zwykle milczy, odpowiada półgębkiem na zadawane pytania i zamyka się w sobie. Czyli są takie dwie, różne jak ogień i woda Nady w jednej. Nie inaczej jest z naszą książkową Sabine- w Roxbury ujawnia się jej bardziej wyluzowane "ja" z sarkastycznym poczuciem humoru i totalnie rozbrajającą szczerością na czele, podczas gdy w Wellesley do głosu dochodzi ta osobowość, która cały czas samą siebie kontroluje, gdyż stara się nikogo nie zawieść, nie zaburzyć obrazu perfekcyjnej uczennicy, lubianej gwiazdki w szkole, idealnej dziewczyny, przyjaciółki i córki. Pani Shirvington wspaniale pokazała, więc tę złożoność ludzkiego charakteru i jego dwoistość- każdy z nas ma przecież wady i zalety. Jedna część naszej osobowości jest trochę lepsza, druga trochę gorsza- jedną lubimy i akceptujemy trochę bardziej, drugą trochę mniej. I przez to właśnie, że z Sabine jest zupełnie tak samo , jest ona bardzo autentyczna, a ja całkowicie w nią uwierzyłam.

Autorka z wyczuciem ukazała także relacje międzyludzkie, a zwłaszcza więź pomiędzy rodzeństwem. Cudownie przedstawiła to, jaka jest ona szczególna, bo często objawia się darciem przysłowiowych kotów między siostrą a bratem, wzajemnymi docinkami i złośliwościami, nie raz także zwyczajną obojętnością w niektórych sprawach, ale jednocześnie trwała i bardzo mocna, bo jednak kiedy zabraknie przyjaciół, to zawsze jest jeszcze starsze rodzeństwo, które, choćby nie wiem co, wyciągnie pomocną dłoń i wesprze, pomoże, obroni. Shirvington w niezwykle subtelny sposób przedstawiła także uczucie rodzące się między dwójką młodych ludzi- wątek miłosny wypadł bardzo naturalnie i prawdziwie, rozwijał się stopniowo i powoli, a jego podstawą było nie tylko zauroczenie i zafascynowanie tą drugą osobą, ale wzajemne zaufanie i szczerość. Myślę, że w dobie wszelkiego rodzaju Young Adult i New Adult, gdzie miłość między bohaterami wybucha w jednej sekundzie i dosłownie z niczego, jest to coś wyjątkowego i zasługującego na uznanie.

Żeby jednak tak nie słodzić autorce "Między życiem a życiem", muszę zebrać trochę lukru z tej recenzji i napisać o tym, co pani Shirvington nie wyszło. Przede wszystkim jej powieść jest bardzo nierówna- z racji tego, że Sabine ma dwa życia w dwóch różnych miejscach i książka dzieli się na dwie części, które niestety nie są tak samo interesujące. Właściwie w jednej z nich nic ciekawego się nie dzieje- to po prostu zapis codziennego życia bogatej nastolatki ze stanu Massachusetts, który przypomina amerykański sen i...tyle. Gdyby, chociaż tę część książki ratowały postaci, ale i im nie zabrakło sztuczności i schematów. Zdecydowanie więcej znajdziemy w rozdziałach z perspektywy Sabine z Roxbury- nie zabraknie tam w każdym razie żywych, autentycznych bohaterów oraz humoru. Muszę przyczepić się także do sposobu zakończenia książki przez panią Shirvington- czytając ostatnie strony powieści, miałam wrażenie, że autorka pisała je na czas i pod presją, bez zastanowienia- pewne wątki rozwiązała zdecydowanie za szybko, przez co wypadły one nieprawdopodobnie i nienaturalnie. Nie opuszczała mnie także myśl, że Shirvington dosłownie w ostatnim momencie postanowiła skleić serce czytelnika, które wcześniej złamała pewnym obrotem akcji. To zdecydowanie zmieniło mój ostateczny odbiór powieści, bo jednak po lekturze książki wolę być emocjonalnie wstrząśnięta i zmiażdżona, gdyż takiej książki, po prostu prędko nie wymażę z pamięci- zostanie ze mną na dłużej- niż rozczarowana naciąganym finałem.

Czy teraz, choć odrobinę, rozumiecie, to moje rozdarcie? Nie wiem, po prostu nie wiem jak ocenić "Między życiem a życiem", bo ma tyle samo wad, co i zalet. To cudowna, pełna głębi historia o ważnych wyborach i akceptowaniu tej części siebie, której się w swojej osobie nie lubi i jednocześnie powieść rozczarowująca zakończeniem i pewnymi zabiegami autorki przygaszającymi światło, jakie ta książka ma w sobie. Nie jest wybitna, ale też daleko jej do przeciętności. Dlatego, ja wystawiam jej +3/6 i jednocześnie nieśmiało przekonuję, byście się tą końcową notą nie sugerowali za bardzo. W końcu zawsze warto samemu wyrobić sobie zdanie na jakiś temat. Także na temat książki.



Między jednym a drugim życiem Sabine znalazłam się dzięki Wydawnictwu Dreams- serdecznie dziękuję!

środa, 27 sierpnia 2014

"Zostań."


Świat- a przynajmniej jego maleńki skrawek widoczny z mojego okna- płacze dzisiaj niemal całą dobę. Deszcz dzwoni o rynny i pluszcze sennie, pozbawiając przy tym całe otoczenie barw i życia, wnosząc za to przygnębiający, wręcz depresyjny nastrój. By nie pogrążyć się w szarości i smutku spowodowanym paskudną pogodą za oknem gorączkowo poszukuję jakichkolwiek jasnych stron takiej a nie innej aury. I znajduję. Słota oraz nieprzyjemne zimno panujące na zewnątrz uniemożliwiające wyjście z domu stwarzają wprost idealne warunki dla conajmniej jednej czynności- uzbrojenia się w kubek gorącej herbaty, ciepły koc i dobrą powieść, w celu odbycia podróży literackiej. Ja planowałam spędzić dzisiejszy dzień w XIX- wiecznej Anglii, w towarzystwie bohaterów "Shirley"- to opasłe tomisko spod pióra Charlotte Brontë już dawno powinno być przeze mnie przeczytane i zwrócone do biblioteki- ale...ale pod wpływem dziwacznego, niezrozumiałego impulsu postanowiłam sięgnąć po cieniutką książkę Gayle Forman i poznać historię Mii. Historię, przy której pękło mi serce.

"Jeśli zostanę" to powieść, jaką najchętniej bym przytuliła, pogłaskała po grzbiecie i odłożyła na półkę z pozycjami dla mnie ważnymi, by powrócić do niej za jakiś czas. Niestety nie mogę tego zrobić- książkę Forman udało mi się zdobyć jedynie w formie elektronicznej, co wyklucza wszystkie te sugerujące bibliofilię czynności.  A, że przytulania tableta, czy laptopa nie mam w zwyczaju muszę zaczekać do chwili, aż sprawię sobie własny egzemplarz "Jeśli zostanę", co nastąpi na pewno któregoś, pięknego dnia. Odpalając e-bookową wersję książki Forman, nie spodziewałam się, że aż tak silnie się z opowieścią przez autorkę snutą zwiążę, że tak ją przeżyję. Teraz już wiem, iż nie sposób czytać tej powieści z obojętną twarzą, bez emocji. Historia siedemnastoletniej Mii, która w jednej sekundzie traci dosłownie wszystko i trwa w dziwacznym zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią, wahając się, czy odejść tak jak jej najbliżsi, jacy zginęli w wypadku samochodowym, czy też pozostać w świecie żywych, w którym nigdy więcej nie spotka swych rodziców i braciszka rozrywa serce. Retrospekcje przedstawiające życie Mii w różnych jego etapach, z jakich w większości składa się książka sprawiają, że lekturze "Jeśli zostanę" towarzyszy ściśnięte gardło i podejrzanie wilgotne oczy. Nie sposób się ich ustrzec, mając świadomość, że wspominane przez bohaterkę piękne chwile nigdy nie powrócą- na zawsze znajdą się w granicach przeszłości. Nie są one jednak jedynie źródłem smutku i przygnębienia czytelnika- to z nich wypływa ciepło i humor jakie przynoszą odbiorcy niespodziewany spokój. Dzięki nim także może on lepiej poznać grono wspaniałych, roztaczających blask życia i realności osób, o jakich wcale nie zamierzam Wam tutaj zbyt wiele pisać- sami musicie poznać zwariowanych rodziców Mii, kochanego Teddy'ego, który tak bardzo chciał być dużym Tedem, po uszy zakochanego w Mii i muzyce Adama, zapaloną fotografkę Kim, czy wierzącą w anioły babcię naszej bohaterki. Opowieść Gayle Forman o różnych odcieniach miłości oraz zarówno jasnych, jak i ciemnych barwach życia czeka na Was Moi Drodzy- chce poruszyć Waszą strunę wrażliwości, zapisać się w pamięci kolejnego czytelnika i przypomnieć, że warto cieszyć się każdą chwilą naszej egzystencji, bo nie wiadomo jak wiele zostało nam ich dane. To właśnie uczyniła ze mną. +5/6