Pokazywanie postów oznaczonych etykietą -5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą -5/6. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

Jutra może nie być...



"Czasami trzeba się cofnąć, żeby móc ruszyć naprzód. Żeby móc ruszyć dokądkolwiek."

Ellie, Corrie, Kevin, Homer, Fiona, Robyn i Lee to paczka znajomych ze szkoły, która postanawia razem wybrać się w góry i kilka dni biwakować na łonie natury. Ich celem jest także dotarcie do miejsca zwanego Piekłem- górskiej rozpadliny, gdzie ponoć żaden człowiek nie postawił stopy (jeśli przyjąć, że historia o pustelniku-mordercy mieszkającym tam od lat nie jest prawdziwa). Wyprawa okazuje się być dobrym pomysłem- nastolatkowie świetnie bawią się w dziczy, a wspólne spędzanie czasu sprawia im tak wielką frajdę i radość, że niechętnie myślą o powrocie do domu. Nie wiedzą jeszcze bowiem, że podczas ich nieobecności świat, rzeczywistość, w jakiej żyli uległ całkowitej zmianie... Paradoksalnie to powrót do rodzinnego miasteczka okazuje się być zejściem do prawdziwego piekła- w domach nastolatków panuje przeraźliwa cisza i pustka, zwierzęta leżą martwe, a po ich rodzinach, znajomych, sąsiadach nie ma nawet śladu...

Istnieją książki, które stworzone zostały po to, by trzymać czytelnika w kleszczach niepokoju i napięcia, przestraszyć go i przyprawić o ciarki oraz szybsze bicie serca- każdy autor piszący i publikujący powieść wpisującą się w gatunek thrillera, kryminału, bądź horroru pragnie, by tego rodzaju emocje, reakcje jego dzieło w odbiorcy wywołało, czy to samą niezwykle skomplikowaną fabułą i treścią, czy też dramatycznymi oraz nieprzewidywalnymi zwrotami akcji i są one nawet przez czytelnika pożądane, przez niego oczekiwane. Istnieją też powieści szczególnego rodzaju- historie na ich stronach przedstawione wydają się być, co prawda, ciekawe, zajmujące, ale nie zapowiadają wielkich i rzeczywistych emocji, by następnie, ku ogromnemu zdziwieniu odbiorcy, takie, a nie inne wrażenia w nim wywołać. I to do nich właśnie należy "Jutro" Johna Marsdena. Książka tegoż australijskiego pisarza, rozpoczynająca siedmioczęściowy cykl pod tym samym tytułem to pozycja adresowana przede wszystkim do młodzieży, zawierająca elementy powieści przygodowej, która zaskoczyła mnie niesamowicie- trzymała moją osobę w napięciu i wywołała gęsią skórkę oraz ciarki na plecach lepiej niż niejeden thriller, czy dreszczowiec, z jakim miałam w swym życiu do czynienia. Nie spodziewałam się zupełnie, że aż tak przeżyję historię usnutą przez Marsdena na kartach "Jutra", że strach i niepokój Ellie o jej najbliższych, z perspektywy której poznajemy kolejne wydarzenia oraz wypadki udzieli się i mnie. A wszystko dlatego, iż opowieść nastoletniej bohaterki jest tak cholernie realna i wręcz boleśnie prawdopodobna. Bo czyż fikcja, z pozoru niemożliwy scenariusz, jakim w przypadku tej książki jest widmo wojny, czasami nie staje się rzeczywistością?

"Ludzie, cienie, dobro, zło, niebo, piekło: wszystko to tylko etykietki, nic więcej. Ludzie sami stworzyli te przeciwieństwa: natura ich nie dostrzegała. W naturze nawet życie i śmierć nie były przeciwieństwami- po prostu jedno stawało się przedłużeniem drugiego."

Na tak wielkie zaangażowanie czytelnika w historię siedmiorga nastolatków, których życie runęło z dnia na dzień na pewno wpływa pierwszoosobowa narracja- sama w sobie nie jest ona niczym niezwykłym (większość współczesnych książek dla młodzieży jest nią pisana), ale w tej z "Jutra" jest tyle życia, naturalności i autentyczności, że aż to niemożliwe. Zapewne ma to związek z samą komentatorką zdarzeń- Ellie- która również taka jest. Zresztą nie tylko ona- cała siódemka naszych bohaterów to postaci z krwi i kości, których zaletą jest przede wszystkim fakt, iż są tacy... normalni. Żadni z nich superbohaterowie, czy niezwyciężone jednostki o niezwykłej sile psychicznej- to początkowo zwyczajna grupa dzieciaków dopiero wchodzących w dorosłość, często zachowujących się niedojrzale i zwyczajnie głupio z powodu buzujących hormonów; grono młodziutkich osób, którzy w obliczu panującej w ich kraju wojny naturalnie są sparaliżowani ze strachu, spanikowani. Protagoniści nie od razu potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale instynkt przetrwania budzi się w nich stosunkowo szybko i sprawia, że powoli dorastają, hardzieją- dojrzewają do tego, by brać odpowiedzialność za swe własne czyny. I co najważniejsze, nie są przy tym wyidealizowani- jak każdy z nas mają swe wady, chwile słabości i tchórzostwa, dzięki czemu wyzbywają się sztuczności i są realniejsi w oczach czytelnika.

"Jutro" to naprawdę niezła powieść dla młodzieży- wciągająca po uszy, pochłaniająca całkowicie i przyprawiająca o dreszcze oraz niespokojne bicie serca- która może przypaść do gustu także starszym czytelnikom. Nie jest to bowiem książka o tematyce banalnej i błahej- Marsden chce zwrócić uwagę odbiorcy na przeróżne kwestie dotyczące moralności, ludzkiej natury, unikając przy tym kłującego w oczy dydaktyzmu i pretensjonalności. Polecam Wam ją jak najbardziej- myślę, że warto poświęcić jej popołudnie, bądź wieczór, gdyż sprawdzi się także w roli ekscytującej i trzymającej w napięciu rozrywki. Rozrywki z drugim dnem. -5/6

"Nie, piekło nie ma nic wspólnego z miejscem- piekło wiąże się z ludźmi.  Może to ludzie są piekłem."


niedziela, 2 lutego 2014

Czy pochłonie nas fala?



Siedemnastoletniej Sarze Midnight udało się przeżyć starcie z oślepioną żądzą zemsty Valaya- Catherine Hollow- dzięki tajemniczemu Nicholasowi Donalowi od dawna pojawiającemu się w jej nocnych wizjach. Życie dziewczyny rozprysło się jednak na tysiąc kawałków- śmierć jej bliskiej przyjaciółki, kłamstwa Seana podającego się za jej kuzyna Harry'ego i dziwacznie oddziałująca na nastolatkę ciągła obecność chłopaka ze snów coś zmieniło w niej nieodwracalnie. W poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania, Sara zamierza udać się do Midnight Hall- posiadłości na wyspie Islay od pokoleń należącej do jej rodziny. Tam właśnie odkryje skrzętnie skrywane, mroczne tajemnice rodu Midnightów i dowie się, kto jest jej prawdziwym wrogiem, a kto przyjacielem...

"Rany na duszy
Te, których nigdy nie ujrzysz
Nigdy się nie zagoją."

Wydanie "Wizji" rozpoczynających trylogię o nastoletniej Łowczyni było dla pani Danieli Sacerdoti ziszczeniem się jej marzeń, a stworzenie ich kontynuacji- "Przypływu"- spełnieniem w roli autorki powieści paranormal romance dla młodzieży- ta włoska literatka zdecydowanie wie już, o czym chce pisać i kreuje historię, która biegnie w nowym, pozytywnie zaskakującym kierunku. Podczas, gdy w pierwszym tomie trylogii "Sara Midnight" dopatrzyć się można było kilku podobieństw do innych serii, na jakie ja mimo wszystko przymykałam oko, w "Przypływie" nie sposób ich odnaleźć- tą książką Sacerdoti udowadnia, że pomysłowość i oryginalność to jej druga skóra. Kilka dni temu, w recenzji "Wizji" narzekałam na bardzo oszczędną, ubogą w opisy kreację świata- jakież było moje zdumienie, gdy w ich kontynuacji po tymże niedociągnięciu nie zostało nawet śladu! Tym razem autorka naprawdę postarała się w tejże kwestii i z wyczuciem przedstawiła swoje uniwersum, nie szczędząc barwnych i bogatych w szczegóły opisów nieznanych dotąd demonów oraz pełnego zakamarków i ukrytych pokoi posępnego domostwa na wyspie Islay, w którym rozgrywa się większość wydarzeń w "Przypływie". Dzięki temu świat z jej wyobraźni zyskał nowy wymiar- znalazło się w nim życie, nowatorskość i świeżość.

"Jeśli będziemy udawać, że to mi wystarczy
Stworzymy iluzję,
Zamiast tego, co jest naprawdę."

Historia przedstawiona na kartach "Przypływu" usnuta została z zagadek i niedomówień- główną rolę odgrywają w niej nie tylko losy Sary, ale też tajemnica śmierci jej ciotki Mairead, która zmarła w wieku trzynastu lat tuż po tym, jak została Śniącą w rodzinie Midnightów oraz intrygująca, niespotkana do tej pory w literaturze opowieść o Księciu Cieni. Podobnie, jak w "Wizjach" w części drugiej trylogii pióra Sacerdoti głos mogą zabrać niemal wszyscy bohaterowie- narracja w pierwszej osobie przypadła, co prawda tym razem tylko dwóm protagonistom, jednakże dzięki tej trzecioosobowej wnikamy do myśli pozostałych osób występujących w "Przypływie". I tak, nie licząc Sary, chwilami świat ją otaczający obserwujemy oczyma niejednoznacznego Nicholasa, który dokonać musi dramatycznego wyboru; złamanej śmiercią ukochanego Harry'ego Midnighta Elodie walczącej z nieodwzajemnionym uczuciem do innego chłopaka; wnoszącego do książki humor i pozytywne myślenie Nialla połączonego z Łowczym Mike'm niezwykle silnym węzłem przyjaźni, Seana zakochanego w głównej bohaterce po uszy i zupełnie nowej w "Przypływie" protagonistki, która pozostać dla Was musi niewiadomą, dopóki nie sięgnięcie po tom drugi trylogii pani Sacerdoti. Nie przypuszczałam, że ze spotkania z tymi fikcyjnymi postaciami czerpać będę taką radość- zżyłam się z nimi przeogromnie, obdarzając część z nich ogromną sympatią. Oczywiście w gronie bohaterów tak pozytywnie przeze mnie odbieranych nie znaleźli się wszyscy- w dalszym ciągu mieszane uczucia mam na przykład wobec Sary. Przyznać muszę, że jest ona protagonistką dynamiczną- rozwijającą się i zmieniającą, której współczułam wielokrotnie, biorąc pod uwagę tony przykrych przeżyć, jakie na jej barki zrzuca autorka, ale ta jej bezbarwność, brak wyrazu, szczególnego charakteru odróżniającego ją spośród innych irytowała mnie niemiłosiernie...

"-Słuchaj swojego serca. Sara skrzywiła twarz i odwróciła wzrok. -Próbuję. Ale zawsze jest wokół tyle dźwięków."


Lektura "Wizji pozostawiła po sobie mieszane odczucia, chaotyczne myśli, niedosyt i emocje dalekie od zachwytu, zaś "Przypływu" niesprecyzowane do końca "coś" swym kształtem przypominające oczarowanie, którego nie spodziewałam się zupełnie. Życie jest jednak przewrotne- potrafi człowieka zaskoczyć nawet książką. Daniela Sacerdoti umie znowuż pokazać, że jest autorką z głową pełną świeżych i intrygujących pomysłów. Koncepcji, które podnoszą poprzeczkę jej kolejnej powieści, wróżąc przy tym bardzo dobry tom finałowy trylogii "Sara Midnight" i pozostawiają czytelników z wielgachną niecierpliwością, co do ich dalszego rozwinięcia. -5/6


Obserwowanie "Przypływu" umożliwiło mi wydawnictwo Dreams. Dziękuję!

niedziela, 19 stycznia 2014

W sieci sekretów...



Po ucieczce z kwatery Komitetu Odnowy i rąk psychopatycznego Warnera Julia wraz z rannym Adamem i jego młodszym braciszkiem Jamesem trafia do Punktu Omega- azylu dla ludzi o wyjątkowych zdolnościach kierowanego przez Castle'a. Spokój, jaki tych dwoje zakochanych w sobie młodych ludzi tam znajduje nie trwa jednak długo- Adam zataja przed Julią wyniki testów, którym jest poddawany, gdyż mogą one stanowić przeszkodę dla ich związku. Dziewczyna także skrzętnie skrywa przed ukochanym pewien sekret, incydent, który usilnie stara się wymazać z pamięci. Czy miłość tych dwojga przetrwa, gdy nawzajem poznają swoje tajemnice?

"-Wiesz- mówi- Już wtedy, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem...było w tobie coś, co wydawało mi się niezwykłe. Coś w twoich oczach. To było takie kruche. Jakbyś jeszcze się nie nauczyła ukrywać przed światem swojego serca."

Pani Mafi po raz kolejny uwodzi i zachwyca swym magicznie poetyckim i lekkim, jak śnieżny puch piórem. Jej sposób pisania, snucia historii to coś niesamowitego- ileż w tym emocji, ileż uczuć, które utożsamiane z Julią udzielają się i samemu czytelnikowi! Dzięki niemu i kreacja głównej protagonistki staje się zadziwiająco realistyczna, pełniejsza, wyraźniejsza- wnikamy do psychiki bohaterki obdarzonej wręcz bolesną wrażliwością, do jej chaotycznych myśli, dotykając przy tym jej uczuć tak głęboko, iż w pewnym momencie zapomnieć można, iż Julia jest jedynie postacią fikcyjna. Autorka bombarduje nas przemyśleniami i emocjami swej bohaterki, z których wyłania się osoba skomplikowana, wyalienowana, zakompleksiona, nie potrafiąca zaakceptować samej siebie, zamknięta w zbudowanej ze swych własnych wspomnień i demonów przeszłości szklanej pułapce ogradzającej ją od innych, której nie potrafi zburzyć; osoba zagubiona w własnych uczuciach, a przez to i ludzka, autentyczna, z krwi i kości. To właściwie nie postać samej Julii, która momentami irytowała mnie swoimi decyzjami i zachowaniem straszliwie, ale właśnie mistrzowska, staranna, wnikliwa kreacja jej charakteru, osobowości popełniona przez panią Mafi, poruszyła, zachwyciła i wstrząsnęła mną najbardziej, przyczyniając się do tego, że odbiór jej powieści także w moim przypadku był niewątpliwie pozytywny.

Mafi obdarzyła duszą i charakterem nie tylko Julię- życie tchnęła także w inne postaci: niemal zawsze opanowanego Castle'a, który za punkt honoru postawił sobie udzielenie pomocy i schronienia każdej osobie o szczególnych umiejętnościach, Kenjiego będącego takim dobrym duchem książki, pod maską luzaka i żołnierza skrywającego prawdziwą psychiczną siłę, Warnera pokazującego kompletnie inne, zastanawiające oblicze. I tylko jednego nie mogę jej wybaczyć- ubogiej, skąpej kreacji Adama. W porównaniu z Warnerem, który ukazuje Julii i czytelnikom swą drugą, intrygującą twarz Kenta można nazwać co najwyżej sympatycznym. Żadnego wyrazu, charakteru, żadnej osobowości i głębi, w nim nie znalazłam, co rozczarowało mnie okrutnie, gdyż w "Dotyku Julii" to jego polubiłam najbardziej. Liczę jednak z w finałowym tomie trylogii autorka pozwoli mu się rozwinąć.

Nie można zapomnieć także o kolejnej  kwestii związanej z książką Mafi- jej nazwijmy to, przynależności gatunkowej. Dystopią to ja bym "Sekretu Julii" nie nazwała, oj nie. Powieść ta zawiera co najwyżej jej elementy, a w rzeczywistości jest...romansem. Wojna między Komitetem Odnowy a Odmieńcami, takimi jak Julia, czy Kenji to tak naprawdę jedynie dramatyczne tło dla trójkąta miłosnego, w którym znalazł się Adam, nasza główna bohaterka i Warner. Przyznaję, jest on w jakimś tam stopniu emocjonujący, nie wiem nawet, czy to przypadkiem nie ten wątek najbardziej pochłania czytelnika, jednakże nie miałabym nic przeciwko szerszej kreacji rzeczywistości, w której żyją bohaterowie stworzeni przez Mafi. Tymczasem autorka, skupiając się na trójkącie miłosnym i związanych z nim emocjonalnych rozdarciach i uczuciowych rozterkach, ogranicza ją do minimum, pozostawiając świat ze swej wyobraźni nieukształtowany i niepomalowany do końca

"Tak trudno jest być dobrym dla świata, który przez całe życie darzył nas wyłącznie nienawiścią. Tak trudno jest widzieć dobro w świecie, który zawsze budził w nas strach."

Mimo wszystko czasu poświęconego lekturze "Sekretu Julii" nie żałuję- to czytadło wciągające po uszy, przy którym zapomina się o całym świecie. Gdyby nie konieczność wstawania do szkoły o wczesnej, porannej godzinie spędziłabym przy książce Mafi całą noc, połykając ją w całości. Chcąc, nie chcąc musiałam jednak podzielić jej lekturę na dwa wieczory, dzięki czemu odrobinę dłużej pozostałam zanurzona w przemyśleniach i emocjach Julii ubranych w przepiękne, poetyckie, poruszające słowa. -5/6



wtorek, 15 października 2013

Nadchodzi piąta fala...


Cassie ma wrażenie, iż jest ostatnim człowiekiem na Ziemi - kryje się w lasach i stara się przetrwać, za towarzysza mając jedynie karabin m16 i pluszowego misia, którego zobowiązała się komuś oddać. Siłę do walki o swoje życie w świecie uśmierconym przez Przybyszy daje jej nadzieja na to, że jej mały braciszek Sam wciąż żyje. Dziewczyna obiecała bowiem chłopcu, iż pewnego dnia go odnajdzie i nie ma zamiaru tego przyrzeczenia złamać...

Zombie cudem uniknął śmierci - nieoczekiwanie wyrwany ze szponów trzeciej fali przez żołnierzy trafia do bazy wojskowej, gdzie dostaje szansę na nowe życie. Od tej chwili młody chłopak poświęci każdy moment swego istnienia na szkolenie i walkę z zarażonymi, w których ciałach gnieżdżą się Przybysze...

Rick Yancey snuje w swej książce przerażającą, przyprawiającą o gęsią skórkę i nie raz, z powodu swej brutalności, dreszcz obrzydzenia oraz okrzyk niedowierzania wizję przyszłości, która mimo pewnej dawki schematyczności i wtórności jest nade wszystko intrygująca i w pewien sposób...oryginalna. Nie zdziwi zapewne nikogo fakt (w tejże książce będący głównym wątkiem), iż planeta Ziemia zostaje zaatakowana przez przybyszów z niezbadanego kosmosu - sytuacja, a raczej katastrofa taka opisana jest w wielu powieściach science-fiction (w takiej "Wojnie Światów" Wellsa chociażby). Nie opadnie nikomu szczęka, gdy dowie się, iż kosmici pozbawili życia niemal całą ludzkość (przykre i okrutne, ale prawdziwe). Ale zadziwić i zastanowić za to może sposób w jaki to zrobili. Ci z powieści Yancey'a wpadli na pomysł z piekła rodem - zesłali na Ziemię swego rodzaju plagi, kataklizmy, które stopniowo ją wyludniały. Cztery fale (jakie nie zdradzę) zebrały krwawy i monstrualny plon - z 7 miliardów ludzi ocalała jedynie garstka, która wciąż walczy o życie. Czy przetrwa ona jednak nadchodzącą piątą? Czym ta fala właściwie jest? Dlaczego Przybysze pojawili się na naszej planecie? Setki tego rodzaju pytań tłuką się boleśnie po głowie czytelnika i nie dają mu spokoju - to właśnie one sprawiają, że nie sposób przerwać lektury tejże powieści dopóki nie przewrócimy jej ostatniej strony. Autorowi nie można, więc pomysłowości i kreatywności odmówić, czego kolejnym przykładem jest chociażby Kraina Czarów, bądź Obóz Przystań - dziwaczne, niepokojące są to koncepcje, ale także niesamowicie fascynujące.

Kreacja postaci także się panu Rickowi udała - bohaterów "Piątej fali" nie sposób nazwać papierowymi i miałkimi, a to już coś. Są oni za to...nieidealni, co urealnia ich w oczach czytelnika i wzbudza jego ciekawość. Każda z przedstawionych na kartach tej powieści osób zmaga się ze swoimi demonami i lękami - nie znajdziemy w książce Yancey'a nieustraszonych superbohaterów, o przepotężnej wytrzymałości fizycznej i psychicznej, lecz normalnych, przeciętnych nastolatków, będących w końcu jeszcze dzieciakami, które odczuwają strach, ból, smutek, zagubienie, przechodzą chwile załamania i słabości - ich świat, normalne życie wraz z przybyciem na Ziemię kosmitów stanęło bowiem do góry nogami, rozpadło się jak domek z kart - niemniej jednak nieustannie walczą. Dzięki narracji pierwszoosobowej wnikamy, w często naturalnie chaotyczne myśli, czterech protagonistów. Gdy zapoznajemy się z historią z punktu widzenia Cassie, czy Zombie mamy wrażenie, że wydarzenia relacjonuje nam koleżanka/kolega. Mówią oni tym "naszym" językiem - prostym, obrazowym i współczesnym, niepozbawionym także mocniejszych, nieco wulgarnych, dobitnych słów - dzięki któremu i nam łatwiej wczuć się w ich trudną sytuację.

Niestety "Piąta fala" prócz zalet posiada także dość sporą wadę - i nie jest to bynajmniej wytykany przez wielu blogerów wątek miłosny. A przynajmniej nie do końca. Owszem, spokojnie mógł sobie go autor odpuścić, gdyż wprowadzając motyw uczucia między pewnymi osobami osiągnął efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego (przynajmniej w moim przypadku) - zamiast poruszenia wywołał w czytelniku irytację jego bezsensownością i sztucznością - ale... Ale jednocześnie rozumiem cel tegoż wątku miłosnego - Yancey chciał pokazać, że nawet w czasach wojny, w otoczeniu śmierci i krzywd, miłość może i powinna się rodzić, bo nadaje walce o życie jakiś sens, mobilizuje nas do niej - i jestem w stanie go znieść podczas, gdy z inną rysą na ciekawej fabule nie mogę się pogodzić. A rozchodzi się tutaj Moi Drodzy o to, że niektóre problemy, wypadki można po prostu przewidzieć. Zdecydowanie za szybko rozgryzłam pewną znaczącą kwestię, co może wynikać z mojej nieodkrytej dotąd błyskotliwości (taaaa... :P), bądź ze zwykłej przewidywalności. Ja obstawiam tę drugą opcję i niestety to właśnie ona sprawiła, że mimo chęci nie mogłam czerpać pełnej przyjemności z lektury tej powieści.

Niedociągnięcia te nie są jednak jakieś olbrzymie, oj nie - dobre i ciekawe pomysły pana Yancey'a, pełnokrwiści i naturalni bohaterowie przez niego wykreowani, pędząca w zawrotnym tempie akcja, a także niesamowita i fascynująco niepokojąca aura książki sprawiają, że zdają się one maleć. I dlatego z czystym sumieniem daję "Piątej fali" -5/6 oraz gorąco zachęcam Was do jej przeczytania.



A na koniec utwór, który już nieodłącznie kojarzyć mi się będzie książką Yancey'a:



środa, 3 kwietnia 2013

Jesteś Niezgodna? Ciii...




" To nasze wybory ukazują kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności ."
                                                                                                                              J.K. Rowling



Beatrice Prior żyje w świecie w którym społeczeństwo bytujące na ruinach Chicago podzielone jest na pięć frakcji. Test przynależności przez który musi przejść każdy nastolatek wskaże jej drogę jaką może podążyć : Altruizm, Serdeczność, Erudycję, Prawość bądź Nieustraszoność, ale to do niej należy ostateczny wybór. Test predyspozycji u Beatrice wykazał jednak Niezgodność - dziewczyna łączy cechy trzech frakcji, co sprowadzić może na nią śmiertelne niebezpieczeństwo. Musi więc zataić wyniki próby nawet przed rodzicami.
Na Ceremonii Wyboru, uroczystości na której młodzi ludzie wybierają frakcję do której wstąpią, Beatrice podejmuje decyzję, która zaskakuje jej bliskich - opuszcza rodzinę i  dołącza do Nieustraszonych...

Debiut młodziutkiej Veronicii Roth narobił niezłego szumu na rynku wydawniczym. Recenzenci, publicyści i czytelnicy ( głównie użytkownicy portalu goodreads) za oceanem prześcigali się w pozytywnych opiniach o "Niezgodnej ". W centralnej części okładki polskiego wydania książki dwudziestopięcioletniej autorki ( ach te marketingowe triki! ) przeczytać możemy następujący osąd  New York Timesa: "Niezgodna wykracza poza Igrzyska Śmierci : wartką akcję i niewyczerpaną wyobraźnię dopełnia refleksją nad dojrzewaniem - do samodzielności i do miłości ". Zapewne słowa te miały przyciągnąć uwagę wielu osób, co ja mówię przyciągnęły zainteresowanie rzeszy czytelników, jednak mnie zamiast zachęcić zniechęciły i wkurzyły. Nie znoszę takiego porównywania, żerowania na sławie innych książek. Nie cierpię. Bo osoby wygłaszające takie opinie sprawiają tylko, że chcąc nie chcąc na twórczość początkujących autorów patrzy się przez pryzmat cenionych książek, w tym przypadku genialnych i niezwykłych Igrzysk Śmierci, doszukując się w debiutach kopiowania pomysłów innych pisarzy. Złościmy się, bo często taki "świeżynki" nie dorastają do pięt naszym ulubionym powieściom, a  tego typu opinie są w pewien sposób krzywdzące dla cenionych przez nas autorów. I zapewne z moim spotkaniem z "Niezgodną" byłoby podobnie, gdyby...Gdybym uwierzyła w prezentowane na okładce (także tylnej) opinie i nastawiała się na Bóg wie co. Tymczasem ja po
przeczytaniu mas recenzji polskich czytelników, zarówno tych pozytywnych jak i meganegatywnych i zaznajomieniu się z tymi ochami i achami przeróżnych zagranicznych gazet, prezentowanymi przez wydawnictwo Amber nie robiłam sobie żadnych złudzeń. Nawet nie pomyślałam o tym, iż debiut Roth jest lepszy od "Igrzysk Śmierci", wykracza poza nie, i.t.d  - wspaniałej trylogii Collins nie dorówna nic i basta! Podeszłam do "Niezgodnej" na luzie, z dystansem ( ktoś może zapytać po co - otóż coś mnie w tej książce ciekawiło) i dzięki temu jej lekturą się nie rozczarowałam. Twardo postanowiłam sobie, że nie będę jej porównywała do dzieła pani Collins, a  na podobieństwa z nim (oj są one, są.... ale miałam o nich nie mówić) nie będę zwracała uwagi. I w ten sposób dałam się porwać historii snutej przez Roth.

Podczas lektury "Niezgodnej" na pewno nie można się nudzić - akcja gna na łeb, na szyję, stale coś się w książce dzieje - a to ktoś wyskakuje z pędzącego pociągu, bądź skacze z kilkupiętrowego budynku. Podczas nowicjatu Tris w Nieustraszoności co rusz będziemy świadkami jakiejś brutalnej walki uczniów, krwawych jatek, symulacji- koszmarów, dość okrutnych  "psikusów" jakie zgotuje znienawidzonym kolegom jeden z nowicjuszy, badź śmierci . Nawet nie wiem, czy autorka nie przesadziła ze scenami pełnymi przemocy, nie są one może straszliwie drastyczne - autorka  po prostu nie daje od nich odetchnąć i bohaterom i czytelnikom. Jest ich naprawdę sporo i po pewnym czasie nawet nas już tak bardzo "nie ruszają". Niestety także rozwój wydarzeń nas nie zaskakuje - jest łatwy do przewidzenia, co tylko ujmuje książce. Ja zawsze oczekuję od powieści szokujących, wbijających w fotel niespodzianek - zajścia zdarzeń, których się kompletnie nie spodziewałam. W "Niezgodnej" nie doświadczyłam tego zbytnio.

Natomiast od strony dystopijnej debiut Roth prezentuje się naprawdę nieźle - autorka ma niewątpliwe ciekawe i świeże pomysły- popatrzymy chodźby na koncept z podziałem społeczeństwa na pięć frakcji według charakterów - ja z podobnym się dotąd nie spotkałam. Nie wiemy co prawda jaki był jej zamysł w stworzeniu takiego świata, nie odkrywa wszystkich kart - nie wyjaśnia co stało się przyczyną podziału ludzi na takie grupy, ale ma za to pole do popisu w kolejnych częściach trylogii i choćby dla wyjaśnienia tych spraw sięgniemy po kolejne tomy.

Kreacja bohaterów nie jest może najlepsza -  w  "Niezgodnej" nie uświadczymy głębokiej analizy psychologicznej postaci, ale także do najgorszych nie należy - bohaterowie nie są papierowi, jakieś uczucia w czytelniku wzbudzają a o to chyba chodzi. Postaci drugoplanowe nakreślone są co prawda pobieżnie, ale niektóre z nich jak na przykład Will, Caleb, bądź Uriah potrafiły zdobyć moją sympatię. Inne znowuż kompletnie nie, ale tak już musi być. Najbardziej mieszane uczucia mam do głównej bohaterki. Jej niektóre zachowania, podejście do pewnych spraw ciężko mi było zrozumieć, irytowały mnie momentami straszliwie, potrafiła jednakże mnie pozytywnie zaskoczyć, wzbudzić moje uznanie. Tris nie jest idealna - to dziewczyna z wadami i zaletami, co urealniło ją w moich oczach, nadało jej wiarygodność. Jest niewątpliwie odważna ( w końcu Nieustraszoność do czegoś zobowiązuje) a przy tym ma też swoje lęki i strachy, rozsądna, ale momentami impulsywna, ulegająca emocjom, bezinteresowna, potrafiąca zrobić wszystko dla przyjaciół oraz wrażliwa i zarazem nieustępliwa, uparta, walcząca o swoje i twarda. I to właśnie ta dwoistość jej natury, charakteru, zachowań tak mnie zaciekawiła.
Intrygującą postacią jest Cztery - instruktor nowicjuszy. To z pozoru wyłącznie oschły, brutalny, prawdziwie nieustraszony, młody mężczyzna z którym nie ma żartów, ale podobnie jak każdy z nas zmaga sie ze swoimi demonami i lękami.  Jest w nim też jakaś nuta, rysa, która go zmiękcza -  pewna wrażliwość na problemy świata i ludzi żyjących wokół, szlachetność - ale nie taka wymuszona, napuszona, wręcz infantylna, ale prawdziwa i naturalna. Ja takich właśnie bohaterów skomplikowanych i niejednoznacznych cenię najbardziej.

"Niezgodna" podobnie jak jej bohaterowie ma swe wady i zalety. Pojawiają się w niej pewne niedociągnięcia i w fabule i w języku -  zdania są momentami zbyt proste i dziwacznie skonstruowane, ale nie przeszkadza to jakoś bardzo w lekturze. W obliczu tak szybko mknącej akcji, gdzie stale coś się dzieje, a my czytamy powieść Roth błyskawicznie, nawet nie zwracając na nie zbytnio uwagi lekko bledną. Piątka z dużym minusem co prawda będzie, ale jedak piątka. -5/6

Kolejna praca M.Seregon. :)


P.S. Rozpisałam się dzisiaj masakrycznie, pobiłam swój rekord - jeszcze tak długiej "recenzji" nie napisałam. :) Tak mnie dzisiaj w tę półrocznicę  natchnęło- tak moi drodzy sześć miesięcy temu, dokładnie 3 października na moim blogu pojawiła się się pierwsza notka. Od tego czasu Książkowy zawrót głowy naliczył ponad 3000 wejść - być może dla kogoś jest to mała liczba - dla mnie znaczy wiele. Dziękuję Wam za to, że jesteście - to Wasze komentarze i cicha obecność osób, które się nie ujawniają mnie motywuje.

P.S.S. Podziwiam osoby, które te moje wywody przeczytały ( może są takie? ). :)

                                                                                                                         
                                                                                                                                Nada